Książkowy dryspell – co to jest i jak sobie z tym radzić?

Wszyscy, którzy z książkami są za pan brat, kiedyś na swojej czytelniczej drodze natrafili na dryspell/niemoc/niechęć do czytania. Czytasz, czytasz i w sumie nie wiesz co. Patrzysz na półkę i nic nie kusi. Kilka stron i nie da się wgryźć w historię, i tak z każdą kolejną pozycją. Jest wiele czynników, które mogły wywołać taki stan – dobra książka, po której nie chcemy sięgnąć po coś innego, albo wręcz przeciwnie, bardzo zła książka i się zrażamy. Zmęczenie fizyczne, psychiczne, brak czasu wolnego. Dość, że wszyscy tego doświadczyliśmy.

Ale jak sobie z tym radzić? Jak długo może trwać? Czy da się uniknąć?  Taaak… to są pytania, które stawia sobie każdy, kto trwa w tejże niemocy. Tak mam ja, na ten przykład, co skutkuje dużą frustracją. Sytuacja spowodowała moje poszukiwania rozwiązań. Wymienię tu kilka sposobów, które sprawdzają się mniej lub bardziej.

Sposoby na niemoc czytelniczą:

1. Dać sobie czas i spokój! 

Tak, to najlepszy, sprawdzony sposób na niechęć do czytania. Nic na siłę, ponieważ jest tylko gorzej. Wszyscy zapewne znamy efekty zmuszania się, kiedy budzimy się po kilku stronach tekstu i okazuje się, że nawet słowa nie pamiętamy z tego co przeczytaliśmy. Moim pierwszym skojarzeniem są studia, sesja czy jakikolwiek inny egzamin – wielokrotnie zmuszałam się, co skutkowało zamianą mózgu w papkę o bliżej nieokreślonej konsystencji. Wystarczyła nawet krótka przerwa i voila, po problemie.

Dryspell

2. Sięgnij po swoją ulubioną książkę, której czytanie wywołuje same pozytywne doznania.  

Mam na myśli, tę jedyną w swoim rodzaju. Ukochaną, która przychodzi wam pierwsza na myśl, kiedy mowa o dobrych książkach. W moim przypadku takim odczarowaniem jest Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa – książka, której raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Czasami czytam ją całą, a czasami sięgam tylko do ulubionych fragmentów. Głownie rozchodzi się o zanurkowanie w słowa, które kochamy.

3. Obrzydź się telewizją.

Nie przewidziałam, że przyjdzie w moim życiu czas na zalecenie terapii telewizyjnej. Jeszcze dekadę temu telewizja stanowiła medium, które dało się lubić. Dzisiaj… No cóż, mam wrażenie, że stacje telewizyjne urządzają ciche zawody na „najgłupszy program telewizyjny”. I to jest również świetny pomysł na odmóżdżenie się. Oglądasz tak długo, aż dochodzisz do wniosku „gdyby głupota miała skrzydła, po co samoloty?” i zaczynasz tęsknić za swoimi książkami.

4. Guilty pleasure – zakazane, i nie tylko, przyjemności.

Tę metodę stosuję rzadko, ale jednak. Oglądam seriale dla nastolatków z banalną i romantyczną fabułą. Włączam audiobook z ckliwym romansem i sprzątam. Słucham kiczowatych boysbandów. I tak, aż do zwarcia w mózgu, do wyczerpania pokładów cierpliwości, kiedy to powstaje moja wewnętrzna jędza i mówi „Dobra, koleżanko, teraz to już przesadziłaś”. Sprawdza się.

5. Pasje, pasje i jeszcze raz pasje!

Czas jest dzisiaj cennym produktem nieodnawialnym. Niestety. Ale, żeby nie dać się zwariować, poza pracą musimy mieć pasje. I ktoś mi pewnie powie, ale przecież czytanie to pasja! No tak, z tym, że warto być różnorodnym. Nie skupiajmy całej energii życiowej na jednym, bo to znowu prowadzi do pewnego „wyizolowania”. Nie wkładajmy wszystkich jajek do jednego koszyka. Różne pasje pozwalają posmakować świata i zabijają nudę. A inteligentni ludzie się nie nudzą – nawet jeśli, to zawsze ta nuda jest planowana 😉 Malowanie, wyszywanie, rolki, rower, wspinaczka, gotowanie etc, etc. Świat ma wiele barw.

Szczęśliwy ten, co nie zaznał kłopotu niemocy. Ten co zaznał, może znajdzie coś dla siebie. Jest takie powiedzenie studenckie o podejściu do stresujących sytuacji, ale słowa są niecenzuralne i nie wypowiem ich w przestrzeni publicznej. Stresowanie się jest niewskazane 😉