” Małe kobietki ” Louisa May Alcott – podróż w czasie

” Małe kobietki ” Louisa May Alcott – podróż w czasie

Są książki do których bardzo chcemy wracać, a są i takie które w sferze dzieciństwa powinny pozostać na zawsze. Do tych drugich zdecydowanie należy powieść „ Małe kobietki ” Louisy May Alcott. Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce jeszcze, gdy byłam dziesięciolatką i zaczytywałam się w Tajemniczym Ogrodzie, Ani z Zielonego Wzgórza czy Polyannie. Historia sióstr March pochłonęła mnie wtedy bez reszty, przeniosła do świata przygód, przyjaźni i bezwarunkowej miłości. Margaret, Josephine, Elisabeth i Amy March, to cztery nastoletnie amerykanki mieszkające z mamą, zwaną „mamisią” w Orchard House. Dziewczynki poznajemy w czasie, gdy głowa rodziny zaciąga się jako kapelan wojsk by wziąć udział w amerykańskiej wojnie domowej. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni roku i zapoznaje czytelnika z perypetiami życia codziennego bohaterek i ich przyjaciół, jego wzlotami i upadkami, radościami i kłopotami.

 

„…ale ty już wyrosłaś, upinasz włosy, więc nie wolno ci zapominać, że jesteś młodą damą. – Nie jestem! A skoro upinanie włosów ma mnie zmienić w damę, to mogę nosić warkocze aż do dwudziestki!…”

 

Moją postacią numer 1 zdecydowanie była roztrzepana Josephine „Jo”. Inteligenta, pełna zapału i energii, wytrwale trzymająca się swoich poglądów i konsekwentnie dążąca do celu, była marzeniem o mnie samej za kilka lat. Jo nie bała się niczego, chciała zostać pisarką i podbić świat, żeby móc wspomóc rodzinę w potrzebie. Czytając powieść ponownie zrozumiałam dlaczego Jo była ulubienicą czytelników: po prostu, to najbliższe współczesnemu wyobrażeniu nastolatki. Natomiast reszta sióstr, budziła zupełnie odmienne uczucia. Meg i Beth zupełnie mi obojętne, a Amy irytująca (chociaż to mogło być związane z posiadaniem wtedy uprzykrzającej życie młodszej siostry). W tym miejscu muszę stwierdzić, iż „ Małe kobietki ” książką dla młodzieży powinny zostać.

Małe kobietki

Dlaczego tak uważam? Ponieważ jako dorosła czytelniczka odebrałam ją jako przesłodzony, przemoralizowany beletrystyczny poradnik „jak wychować młode panny”. Oczywiście zdaję sobie sprawę iż były to zupełnie inne czasy, ale jednak… serio? Prawie każda konwersacja miała podłoże moralizatorskie, a matka właściwie nie robiła niczego innego poza pouczaniem swoich dobrych acz niezdyscyplinowanych córek. Każda z dziewczynek przedstawiała inny, model przyszłej kobiety: Meg – matka i pani domu, Jo – niezależna i ambitna pisarka, Beth – sprawująca opiekę nad rodzicami cicha córka oraz Amy – dumna i egocentryczna artystka. Z kolei mamisia March była idealnym wzorem matki wychowującej dzieci w miłości, zrozumieniu i zgodnie z wolą bożą. Autorka sprytnie też wplątuje w fabułę swój pogląd polityczny, opowiadając się po stronie „północy”, wysyłając tatusia na wojnę, jednocześnie podkreślając prawidłową postawę patriotyczną kobiet. Bogaty sąsiad – dobrodziej, uległy przyjaciel Laurie (kto spotkał kiedykolwiek chłopca, który by tak się dogadywał się z dziewczynami?!), pełna zgoda i poszanowanie – zgrzyty, które nudzą czytelnika. Nawet wątek skwaszonej ciotki March ograniczony został do minimum, żeby nie psuć idealnego obrazka. Cieszę się, bo papuga ratowała sytuację.

 

„Słońce i śmiech to znakomita zapowiedź wesołej zabawy…”

 

Mimo, że wyżej tak marudziłam – książkę „ Małe kobietki ” Louisy May Alcott nadal bardzo lubię. Gdy odłoży się na bok wszystkie „dorosłe zastrzeżenia” jest to ciepła, miła i wciągająca lektura. Zabawna i pisana lekkim stylem przynosi wiele radości. Jako mama (syna, i on nie chce o tym słyszeć) serdecznie rekomenduję ją młodym dziewczętom (i nie tylko!), ponieważ przekazuje takie wartości jak przyjaźń, miłość, poświecenie i akceptację. A to są emocje których warto uczyć, w dzisiejszych czasach, swoje dzieci by wyrosły na wspaniałych dorosłych.