Marlene – o sile miłości i niezłomności ducha.

Marlene – o sile miłości i niezłomności ducha.

Z pisaniem jest trochę tak, jak z ćwiczeniami fizycznymi – nie robisz regularnie to słabnie kondycja. Ostatnio świat dookoła mnie bardzo pędzi i z trudem znajduję czas na czytanie, nie mówiąc już o pisaniu. I w lutym miałam zastój czytelniczy… Poza tym nie wszystkie książki chcę recenzować. Jest, jednak, jedna o której chciałabym z wami porozmawiać. Powieść „ Marlene ” Hanni Munzer – bo o niej mowa – powaliła mnie na kolana.

„Wojna zmusza do zabijania w walce, ale nikt nikogo nie zmusza, by mordował bezbronnych.”

O II WŚ jest tak dużo literatury, że chyba nikt nie jest w stanie tego przeczytać. Są to dzieła naukowe, popularnonaukowe, memoire czy beletrystyka – wszystkie traktujące o bezmiarze okrucieństwa, machinie demagogii i terroru. W mojej literackiej podróży czytałam po trochę wszystkiego, ale dawno już powieść nie poruszyła we mnie tej wewnętrznej struny – bo czyż nie łatwiej przyjąć historię w pierwszoosobowej narracji? Czytając przeżywałam wszystko razem z główną bohaterką – ba – ja, po prostu nią byłam.

Marlene

Marlene Kalten poznajemy już w „Miłość w czasach zagłady”, ale jej postać jest tam drugoplanowa i trochę tajemnicza. Dowiadujemy się, że jest szpiegiem polskiego ruchu oporu i poprzez romans z wysokiej rangi nazistą, wyciąga informacje dotyczące wroga. Finalnie, dochodzi do zamachu na jedną z krakowskich restauracji, gniazdo żmij, gdzie akurat przebywała Marlene i w konsekwencji zostaje poważnie ranna. Marlene znika.  Jest rok 1944. Szala Temidy przechyla się na stronę Aliantów. Niemieckie miasta są regularnie bombardowane, między innymi Monachium. Anna von Durkheim vel Marlene Kalten stoi nad osmolonymi gruzami, gdzie dogasają resztki jej nadziei na uratowanie rodziny Debory Berhinger. Wszyscy bliscy jej ludzie nie żyją, jedyna krewna żyjąca krewna ukrywa się gdzieś na południu Niemiec.  Ale wojna trwa, a Marlene wie, że nie spocznie, dopóki nie wypełni swojej misji – przywrócenia pokoju. Więc idzie dalej. Ta droga nie jest łatwa, bo okazuje się, że zło trudno jest pokonać, a wróg czyha.

„Wszystko, co istnieje, wpisane jest w krąg wiecznej odnowy i odrodzenia. Dzięki temu świat trwa w równowadze. Zaburza ją tylko człowiek. I tak rodzą się wojny”

Czy zadajecie sobie czasami pytanie jak odnaleźlibyście się w wojennej rzeczywistości? Jakbyście się zachowali? Jaką postawę przybrali? Ja czasami tak. Obaj moi dziadkowie przeżyli wojnę i obaj zgodnie twierdzili, że nie ma nic gorszego na świecie. Nie ma dwóch większych demonów niż pieniądze i wojna, a te są nierozerwalnie ze sobą związane i zmieniają ludzi. „Marlene” Hanni Munzer to powieść o sile ducha tak wielkiej, że najgorsze upokorzenia, strach i śmierć nie są w stanie jej złamać oraz o miłości tak silnej, że pokonuje wszelkie bariery. Ale także o przyjaźni, która rozumie wszystko, a według mnie, przede wszystkim o sile kobiet – żon, matek, sióstr. Kobiet, które wiedzą, że wojna się skończy i życie potoczy się dalej, że trzeba będzie odbudować z gruzów świat. Główna bohaterka to dla mnie symbol tej siły. Inteligentna młoda kobieta, pewna siebie i swoich poglądów, gotowa na wszystko. Sięgająca wzrokiem dalej niż jutro. Nie możemy też zapomnieć o Jolancie, Trudi, Oldze czy babci Marlene – one też wykazały się własną siłą ducha. Wszystkie te kobiety, sponiewierane i upodlone, miały odwagę, by iść do przodu z podniesioną głową, by żyć.

Jedyną negatywną cechą powieści jest jej rozbieżność z prawdą historyczną. Dlatego, jeśli ktoś szuka faktów, to zbyt wiele ich tutaj nie znajdzie. Na „ Marlene ” Hanni Munzer trzeba patrzeć w szerszej perspektywie. Tu już nie chodzi o co, kto, gdzie i kiedy, ale o to dlaczego i jak temu zapobiegać. Jest to książka w podobnym klimacie jak „Słowik” Kristin Hanah, ale pokazująca jeszcze brzydsze oblicze totalitaryzmu. Polecam, bo na prawdę jest tego warta.