Panie Kristoff! tak po prostu nie można…. – Seria Wojna Lotosowa

Panie Kristoff! tak po prostu nie można…. – Seria Wojna Lotosowa

Zacznę może od tego, że o Japonii to ja nie za wiele wiem. Poza drobnymi przebłyskami z lekcji historii, obejrzanymi filmami czy anime i głośną książką „Wyznania gejszy” Arthur’a Golden’a nie miałam większej styczności, z tą, jakże piękną i barwną kulturą. Aż Łukasz z bloga Talkiincloud na swoim instagramowym koncie nie powiedział o „Głosząca kres” Jay’a Kristoff’a z serii Wojna Lotosowa (Łukaszu, nie wiem czy powinnam być Ci wdzięczna czy Cię przeklinać 😉 ). Oczywiście pomyślałam sobie – O co tyle hałasu? – Tak! Serio tak pomyślałam… Jako, że zbliżał się mój czas wyjazdu do Polski, to pomyślałam, że szybciutko zamówię pierwszy tom „Tancerze burzy” (o których możecie przeczytać tu), akurat idealnie na wakacyjną lekturkę.

„Z każdej porażki można wyciągnąć naukę. […] Czasem na całym świecie nie znajdziesz lepszego nauczyciela niż ciężki but na twoim gardle.”

Więc pierwszy tom wciągnął mnie na tyle, że dawkowałam sobie historię i już w połowie postanowiłam zaopatrzyć się w tom drugi – „Bratobójca” (zamówiłam egzemparz, który o zgrozo! Nie przyszedł na czas – kupiłam drugi w empiku). Ten przywitał mnie, jak starego przyjaciela, któremu przy piwku opowiada się wydarzenia ostatnich kilku lat. Powoli, stopniowo rozwijał historię pokazując szerszą perspektywę, jednocześnie przyprawiając o nerwowe tiki, żeby na koniec zrzucić człowiekowi bombę na głowę. Bliżej końca „Bratobójcy” nie mogłam się zdecydować czy wyrywać kartki z książki, drzeć włosy z głowy czy pluć w furii. Jęki i stęki jakie wydawałam w trakcie czytania przyprawiały mojego partnera o paniczne reakcje. Zamykając okładkę miałam mętne wizje tomu trzeciego. Na szczęście los obszedł się ze mną łaskawie (przy moim skromnym udziale) i „Głoszącą kres” miałam już pod ręką.

„Wszystkie opowieści się kończą. Wszystkie pieśni ustają. Wszyscy mamy naszą ulotną chwilę w blasku słońca, po czym zapadamy w wieczny sen.”

Panie Kristoff! Tak po prostu nie można… W ostatnim tomie serii Wojna Lotosowa dostajemy, oczywiście, rozwiązanie historii, ale takie, które chwyta serce czytelnika w rękawicę Żelaznego Samuraja już od pierwszych stron i trzyma do ostatnich! Poluźnia uścisk na koniec, ale niech się wam nie wydaje, że odzyskacie swoje serca! O nie! Razem z zakończeniem historii uświadomicie sobie, że jest ono złamane, uczucia zdewastowane, a wy sami leżycie w kałuży łez. To spotkało mnie, bo zupełnie nie spodziewałam się takiego zakończenia. Emocje szalały jak na rollercosterze – raz nadzieja, raz czarna rozpacz.

Wojna Lotosowa

„Prawdziwe przesłanie jest takie: otchłań żyje w nas. W naszej chciwości. W sposobie, w jaki patrzymy na rzeczy inne niż my.”

Wojna Lotosowa nie jest łatwą lekturą. Stworzony przez Kristoff’a świat jest przerażająco realny. Wizja zagłady ekologicznej przemawia do najgłębszych zakamarków duszy.  To nie jest tylko historia Yukiko i jej tygrysa gromu. To historia o dobrym i złym, o wolności, rodzinie, przyjaźni, lojalności, bezwarunkowej miłości i wojnie. Bohaterowie to badassy w najlepszym, japońskim stylu. Poza zmianami wewnętrznymi pod wpływem wydarzeń, żaden z bohaterów nagle nie dostaje nowych supermocy. Jeśli ktoś był wojownikiem, to stał się nim w wyniku wielu lat treningów i dyscypliny, a nie za sprawą jednej pogadanki mistrza. Każdy z nich wykorzystywał umiejętności jakie miał i nie starał się udawać kogoś innego. I nawet, gdy cel jest szlachetny, to ludzie walczący w jego imię nadal pozostają ludźmi, rządzą nimi proste, egoistyczne emocje, a wojny wywoływane są przez chciwość i fanatyzm. Mimo, że powieść fantasy to zawiera w sobie prawdy uniwersalne. No i wszystkie te maszyny, mechaniczne katany, miotacze shurikenów – steampunkowa chwała w pełnej krasie.

Podsumowując: czytajcie Wojna lotosowa, bo to jest po prostu rewelacyjne!